27 listopada 2010 Kathmandu

Nasza przygoda dziś się kończy. Na pewno szkoda. Może i będę mało oryginalna, jeżeli powiem, że było niesamowicie. Ale na pewno tu wrócimy, bo już tęsknimy za tym gwarem ulicznym, muzyką na żywo, zapachem smażonych samosów, za tybetańskimi mamosami, no i przede wszystkim za Himalajami, bo przecież wyżej się już nie da. 
Jeszcze 30h podróży przed nami i będziemy w domu.

Jeżeli ktoś miałby pytania odnośnie naszego trekkingu, to chętnie pomożemy (na ile to będzie możliwe), albo najdzie go ochota, aby się czymś z nami podzielić, to zapraszam do korespondencji mail@galeriabyms.pl oraz do mojej galerii zdjęć, nie tylko z tego wyjazdu www.galeriabyms.pl
Namaste!

21 listopada 2010 Marpha- Pokhara

Dotarliśmy do „cywilizacji”. Z Marphy do Beni dojechaliśmy autobusem w jedyne 7 godzin. Muszę przyznać, że było to najcięższe 7 godzin tej wyprawy. Niby jechaliśmy „drogą”, która łączy Beni z Jomson i dalej z Muktinath. Ale sama w sobie była wyboista i bardzo często ciągnęła się po zboczu nad pół kilometrową przepaścią. Akurat miałam tą „przyjemność” z Krzychem siedzieć przy oknie po stronie tych niezapomnianych widoków. Czasami dech zapierało w piersiach. Nie pamiętam ile zdrowasiek zdążyłam zmówić. Ale oczami wyobraźni widziałam już nagłówki w gazetach- 5 polskich turystów zginęło w przepaści w Nepalu. Jeżeli kiedykolwiek wybiorę się w tamte rejony, to na pewno na pieszo. Muszę przyznać order kierowcy autobusu za jego opanowanie i zdolności, bo widać po nim było, że się chłopak napocił. Dandebat (to po nepalsku dziękuję).   
Z Beni droga już była łatwiejsza, w jedyne 3 godziny byliśmy na miejscu w Pokharze.
W Pokharze zafundowaliśmy sobie aż 3 dni tak zwanego restu. Tak zwanego nie robienia nic. Normalne łóżko, ciepła woda i pyszny stek z czosnkiem J

20 listopada 2010 Muktinath- Marpha 2586 m npm przez Jomson

Ostatni dzień trekingu. To była droga, 19 km. Niby nic, ale…
Z Muktinathu do Ekle Bhalti mieliśmy piękne widoki na dziki Mustang, Kagbeni i Dhaulagiri 8167 m npm (sanskryt धौलागिरी – "Biała Góra") we własnej osobie. Coś pięknego. Nie będę się rozpisywać, zdjęcia same niech się obronią. Za Ekle Bhalti weszliśmy do najgłębszej doliny na świecie do Khali Gandaki. Jak zaczęło piździć, to myślałam, że nie wyrobię. Do Jomson szliśmy korytem częściowo wyschniętej rzeki. 4 godziny od Muktinath non stop z małymi przerwami na zdjęcie. Nogi mi wyszły z du…y. Od Jomson dzieliła nas godzina drogi do Marphy. Mały obiad, przecież trzeba zatankować. Nawet w restauracji było słychać chulanie wiatru. Tutaj niestety ten wiatr zawsze wieje. Jak ci ludzie tu żyją, przecież to w depresje można popaść. Pocieszał nas fakt, że w Marphie w ogóle nie wieje. Do celu dotarliśmy ok. godz. 15.00. Dostaliśmy piękny pokój z łazienką. Cudownie, ale wszyscy byliśmy tak zmęczeni tym wiatrem, że nikomu nie chciało się kąpać. Zresztą, po co, jutro się na nowo okurzymy. Z obolałymi nogami wybraliśmy się na mały rekonesans po mieście. Bardzo urocze miasteczko, które słynie z uprawy jabłek. A z tych owoców, robi się tu szarlotki i jabłkowe brandy. Namierzyliśmy piekarnię ze swoimi wypiekami i wspólnie razem z Chiranem wybraliśmy się na małe, co nieco. Krzychu od razu zakochał się w „murzynku” (w cieście rzecz jasna). Kawa z prądem też miała moc. Chiran po jednym łyku miał już dosyć J

19 listopada 2010 THORONG LA 5416m npm

High Camp 4850 m npm przez przełęcz Thorong LA 5416m npm do Muktinath  3700 m npm


Dzień czternasty. Ten wpis powstaje po ciężkim, długim, ale udanym dniu. Banan nie schodzi z twarzy. Satysfakcja, że się udało. Jedynie, co mogę z siebie wykrzesać, to  głębokie „ach…”.  

Ale do początku. Noc była nawet ciepła- w śpiworze oczywiście. W pokoju było jakieś  0oC. Pobudka 4.15. Już dawno nie spało mi się tak dobrze. Aklimatyzacja wkońcu zadziałała. Ponieważ trzeba dużo pić, w nocy niestety jest się zmuszonym do wstawania do toalety, na zewnątrz. Po tym jak musiałam opuścić ciepły azyl, ku mojemu zaskoczeniu na dworzu nie było śladów brzydkiej pogody dnia poprzedniego. Czyste gwiaździste niebo i piękne wysokie Himalaje. W duchu ucieszyłam się jak dziecko, bo to oznaczało, że pogoda na pewno nam dopisze. Zmarznięta wróciłam jeszcze na 5 godzin do ciepłego śpiwora ogrzanego moim zmęczonym ciałem.
Wyruszamy o 5.20 po ciemku z czołówkami na głowach. Tak jak reszta tłumu, wężykiem do góry. Ślimaczę się. Staram się iść, aby nie dostać zadyszki. Co chwilę Krzysztof przypomina mi „idź pomału”. Wbrew pozorom na wysokości 5000 m npm, człowiek musi przypominać sobie o takich podstawowych czynnościach. Pierwszy postój Teahouse, docieramy o 6.20. Krótka przerwa i idziemy dalej. Ok. 08.30 docieramy na przełęcz. Piękne słońce, czyste niebo. Tak miało być. Wieje, zimno, temperatura na pewno poniżej zera. Zrzucamy plecaki i sesja dla reportera. Trzeba uwiecznić te 5416 m npm na zdjęciu. Kilka łyków płynu i ruszamy w dół. Na górze jesteśmy może jakieś 15 minut. Teraz trzeba jeszcze zejść na 3700 m npm. I się zaczęło, droga w dół i paraliżujący ból głowy. Męczę się, ale udaje mi się zrobić jakieś zdjęcia. Przecież nie mogę się poddać. Na pewno nie teraz. Co jakiś czas Krzychu informuje mnie na podstawie danych z GPSu na jakiej wysokości się znajdujemy. Nie daje się bólowi, staram się delektować widokami, chłonąc każdą chwilę, aby jak najwięcej przywieźć ze sobą. To przecież te wspomnienia, przywiezione z wyjazdów pozwalają nam na w miarę normalne funkcjonowanie w „cywilizacji”. Takie osiągnięcia nas kształtują. Takie spełnianie marzeń nas uskrzydla, wierząc, że marzenia się naprawdę spełniają.
Po drodze robimy sobie przerwę na obiad. W końcu można sobie dychnąć. Przed wyjazdem otrzymałam od moich serdecznych koleżanek z pracy (Magdy i Gosi J), tajemniczy liścik w kopercie, pod groźbą, że otworzyć mogę go dopiero „tam” na górze. Ponieważ na przełęczy nie było możliwości, liścik otworzyłam podczas tej pierwszej przerwy. Pozwolicie, że treść listu zachowam dla siebie. Ale mogę się podzielić moim odczuciami. To naprawdę niesamowite, jak zupełnie szczerze można życzyć komuś powodzenia w tym, do czego przygotowywał się cały rok. Nie dosyć, że się wzruszyłam, jak to mówi młodzież „na maksa”, to ich słowa dodały mi dodatkowej nieokreślonej porcji energii. Dzięki Dziewczyny- Krejzolki J
W tym miejscu chciałam podziękować wszystkim, zaczynając od naszych Rodzin, które trzymały kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia oraz wszystkim znajomym, którzy gdzieś tam, oddaleni  o kilka  tysięcy kilometrów byli z nami, myślami.
Także w naszych myślach byliście wszyscy z nami, tam na górze. Dziękujemy.

Do Muktinath docieramy ok. 13.00. Jesteśmy w hotelu Monalisa.
Pierwszy raz od 6 dni bierzemy ciepły prysznic. Ciało aż piało z zachwytu. Druga ważna rzecz w życiu- jedzenie. Karta menu jest tak rozbudowana, że głupiejemy ze szczęścia i nie wiem, co zamówić. Ku zdziwieniu jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu.
A oto przykładowe ceny:
Coke 130 NPR
Porridge 130 NPR
Garlic Soup 130 NPR
Boiledd egg 120 NPR
Pancake 130 NPR

Ale jak przystało na wyjałowiony organizm, który przez ostatnie 2 tygodnie jadł owsiankę na śniadanie, zupę czosnkową z jakiem i ziemniakami na obiado- kolację, to tym razem mogłam zaszaleć i zamówiłam „pizze” z pomidorami, serem i szynkową i nawet oregano było. To na obiad, a na kolację były 2 tosty z jajkiem sadzonym. Uczta.
Ok. 20.00 wyczerpani z sił, ale dumni i zadowoleni idziemy spać. Już teraz droga będzie szła tylko w dół.

18 listopada 2010 Ledar- High Camp Thorong La 4850 m npm

Nigdy bym nie przypuszczała, że na tej wysokości nie zimno, lecz pies nie da nam się wyspać. Całonocne ujadanie zabrało nam i gościom hotelu, a także właścicielom drogocenny senny odpoczynek. Nepalczycy wierzą, że takie zachowanie zwierząt nie wróży nic dobrego. Coś w tym musi być, ponieważ był to pierwszy dzień od 2 tygodni bez pięknej pogody. Na dodatek zaczął padać śnieg. Było po prostu nieprzyjemnie. Świadomość, że jesteśmy tak blisko celu i możemy go nie osiągnąć… Lepiej o tym nie myśleć.

Dzień trzynasty - Polish Trekking around Annapurna 2010.

Wystartowaliśmy o 8.15, na miejsce dotarliśmy chwilę po 13.00. Dzisiaj jest dzień przed zdobyciem przełęczy. Śpimy w Thorong High Camp View Hotel, miejsce dostępne dla turystów tylko w sezonie. Mamy bardzo ładny pokoik. Droga z Thorong Pedli 4540 m npm do High Campu wypruła ze mnie wszelkie siły i płuca. Chiran nie kłamał- było very very up. 3 kroki, przerwa, następne 3 kroki i przerwa. Koncentracja organizmu skierowana na oddychanie. No i ten śnieg, ograniczona widoczność, elementy, które nam w ogóle tego dnia nie ułatwiały trekkingu.

Dwa dni temu w TBC poznaliśmy Marcina, który sam wybrał się w Himalaje. Dołączył do nas, było nam towarzysko miło. Mimo tego, dzień wcześniej spał gdzieś indziej, to i tak nie mogliśmy się na szlaku nie spotkać.

Wieczór spędzamy wspólnie w ciepłej jadalni. Sercu każdego hotelu na trekkingu.

A oto przykładowe ceny na tej wysokości:
Double room 280 NPR
Coke 200 NPR
Porridge 230 NPR
Garlic Soup 200 NPR
Boiled Egg 150 NPR
Pancake 230 NPR
Woda 1l 210 NPR- dotychczas najdrożej (przykładowo w Kathmandu 1l wody 15 NPR)

Ciśnienie wynosi ok. 620 hPa. Już zapomniałam, jak wygląda łazienka. Włosy dosłownie stanęły mi dęba J Ale nawilżone chusteczki sprawdzają się świetnie, bynajmniej nie zamarzną, jak woda J

17 listopada 2010 Shree Kharka- Ledar 4220m npm

Dzień dwunasty- pod górkę.
Trasa bardzo ciekawa, jednak zdarzały się dłuższe postoje na złapanie oddechu.
Jestem dzisiaj zmęczona, ale jeszcze dwa dni dzielą nas od celu. Damy radę J
2 najcięższe dni z całego trekkingu. Jutro będzie „very up”- jak mówi Chiran. Zawsze pytamy się naszego przewodnika, jak będzie wyglądała nasza trasa na następny dzień. To w celu psychicznego przygotowania się.
Aha, wyruszyliśmy o 08.30 na miejsce przybyliśmy chwile po 14.00. Śpimy w hotelu Snwoland. Oto przykładowe ceny:
Coke 190 NPR
Porridge 190 NPR
Garlic Soup 160 NPR
Boiled Egg 160 NPR
Pancake 180 NPR

Jest zimno. Koniec wpisu.

16 listopada 2010 TBC- Tilicho Lake 5020 m npm- TBC- Shree Kharka 3800 m npm

Noc nie należała do najwygodniejszych, ale na szczęście była krótka. Pobudka o 5.00 rano. Śpiwór puchowy także i tutaj zdał swój egzamin, komfort termiczny został zapewniony. Base Camp jest zawalony ludźmi. Każdy ospale próbuje przywołać się do porządku.
Plan jest taki, 4 godziny do jeziora, chwila nad wodą, powrót do TBC i dalej do Shree Kharki.
Zanim wszyscy goście dostali dzień wcześniej zamówione śniadanie, wystartowaliśmy dopiero ok. 06.30. Grupa „emerytów” z Francji, głośna grupa ze Słowacji i gdzieś tam na szarym końcu my.
To były długie 4 godziny. Na wysokości 4500 m npm odczułam znaczny brak tlenu w powietrzu. Coraz częściej robiłam przystanki. Starałam się iść bardzo pomału, aby nie doprowadzić do zadyszki, ale i to też nie pomagało. Płuca krzyczały „tlenu”. Wysokość wysokością, najgorsze było to, że cel ciągle tak daleko. Kiedy dochodziło się do zakrętu i myślało, że to już, wtedy okazywało się, że jeszcze nie tym razem. Trzeba było pokonać następną górkę i zakręt, i jeszcze jeden zakręt i górkę. Taki scenariusz powtarzał się niestety kilka razy. Nie powiem, ale podejście to było trochę deprymujące. W głowie na przemian miesza się determinacja w osiągnięciu celu z rozczarowaniem i złością, że to jeszcze nie teraz. Ale pomału, do celu dotarliśmy po godzinie 10.00 na wysokość 5015 m npm* Piękne turkusowe jezioro i mrożąca piździawka. Organizm był tak wyczerpany, że sił starczyło na kilka zdjęć, no i uśmiech J.   
Do TBC wróciliśmy ok. 13.00, mały posiłek i dalej w drogę. Tym razem osuwiska nie były już nam obce i bez większych lęków je pokonaliśmy.
Długi dzień dobiega końca, dostaliśmy wieloosobowy pokoik. Kolacja i spać. Jutro kolejny dzień w górę.


* dane, co do wysokości zamieszczonych w moim blogu podaję na podstawie danych z GPS, który towarzyszył nam przez cały czas