High Camp 4850 m npm przez przełęcz Thorong LA 5416m npm do Muktinath 3700 m npm
Dzień czternasty. Ten wpis powstaje po ciężkim, długim, ale udanym dniu. Banan nie schodzi z twarzy. Satysfakcja, że się udało. Jedynie, co mogę z siebie wykrzesać, to głębokie „ach…”.
Ale do początku. Noc była nawet ciepła- w śpiworze oczywiście. W pokoju było jakieś 0oC. Pobudka 4.15. Już dawno nie spało mi się tak dobrze. Aklimatyzacja wkońcu zadziałała. Ponieważ trzeba dużo pić, w nocy niestety jest się zmuszonym do wstawania do toalety, na zewnątrz. Po tym jak musiałam opuścić ciepły azyl, ku mojemu zaskoczeniu na dworzu nie było śladów brzydkiej pogody dnia poprzedniego. Czyste gwiaździste niebo i piękne wysokie Himalaje. W duchu ucieszyłam się jak dziecko, bo to oznaczało, że pogoda na pewno nam dopisze. Zmarznięta wróciłam jeszcze na 5 godzin do ciepłego śpiwora ogrzanego moim zmęczonym ciałem.
Wyruszamy o 5.20 po ciemku z czołówkami na głowach. Tak jak reszta tłumu, wężykiem do góry. Ślimaczę się. Staram się iść, aby nie dostać zadyszki. Co chwilę Krzysztof przypomina mi „idź pomału”. Wbrew pozorom na wysokości 5000 m npm, człowiek musi przypominać sobie o takich podstawowych czynnościach. Pierwszy postój Teahouse, docieramy o 6.20. Krótka przerwa i idziemy dalej. Ok. 08.30 docieramy na przełęcz. Piękne słońce, czyste niebo. Tak miało być. Wieje, zimno, temperatura na pewno poniżej zera. Zrzucamy plecaki i sesja dla reportera. Trzeba uwiecznić te 5416 m npm na zdjęciu. Kilka łyków płynu i ruszamy w dół. Na górze jesteśmy może jakieś 15 minut. Teraz trzeba jeszcze zejść na 3700 m npm. I się zaczęło, droga w dół i paraliżujący ból głowy. Męczę się, ale udaje mi się zrobić jakieś zdjęcia. Przecież nie mogę się poddać. Na pewno nie teraz. Co jakiś czas Krzychu informuje mnie na podstawie danych z GPSu na jakiej wysokości się znajdujemy. Nie daje się bólowi, staram się delektować widokami, chłonąc każdą chwilę, aby jak najwięcej przywieźć ze sobą. To przecież te wspomnienia, przywiezione z wyjazdów pozwalają nam na w miarę normalne funkcjonowanie w „cywilizacji”. Takie osiągnięcia nas kształtują. Takie spełnianie marzeń nas uskrzydla, wierząc, że marzenia się naprawdę spełniają.
Po drodze robimy sobie przerwę na obiad. W końcu można sobie dychnąć. Przed wyjazdem otrzymałam od moich serdecznych koleżanek z pracy (Magdy i Gosi J), tajemniczy liścik w kopercie, pod groźbą, że otworzyć mogę go dopiero „tam” na górze. Ponieważ na przełęczy nie było możliwości, liścik otworzyłam podczas tej pierwszej przerwy. Pozwolicie, że treść listu zachowam dla siebie. Ale mogę się podzielić moim odczuciami. To naprawdę niesamowite, jak zupełnie szczerze można życzyć komuś powodzenia w tym, do czego przygotowywał się cały rok. Nie dosyć, że się wzruszyłam, jak to mówi młodzież „na maksa”, to ich słowa dodały mi dodatkowej nieokreślonej porcji energii. Dzięki Dziewczyny- Krejzolki J
W tym miejscu chciałam podziękować wszystkim, zaczynając od naszych Rodzin, które trzymały kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia oraz wszystkim znajomym, którzy gdzieś tam, oddaleni o kilka tysięcy kilometrów byli z nami, myślami.
Także w naszych myślach byliście wszyscy z nami, tam na górze. Dziękujemy.
Do Muktinath docieramy ok. 13.00. Jesteśmy w hotelu Monalisa.
Pierwszy raz od 6 dni bierzemy ciepły prysznic. Ciało aż piało z zachwytu. Druga ważna rzecz w życiu- jedzenie. Karta menu jest tak rozbudowana, że głupiejemy ze szczęścia i nie wiem, co zamówić. Ku zdziwieniu jesteśmy jedynymi gośćmi w hotelu.
A oto przykładowe ceny:
Coke 130 NPR
Porridge 130 NPR
Garlic Soup 130 NPR
Boiledd egg 120 NPR
Pancake 130 NPR
Ale jak przystało na wyjałowiony organizm, który przez ostatnie 2 tygodnie jadł owsiankę na śniadanie, zupę czosnkową z jakiem i ziemniakami na obiado- kolację, to tym razem mogłam zaszaleć i zamówiłam „pizze” z pomidorami, serem i szynkową i nawet oregano było. To na obiad, a na kolację były 2 tosty z jajkiem sadzonym. Uczta.
Ok. 20.00 wyczerpani z sił, ale dumni i zadowoleni idziemy spać. Już teraz droga będzie szła tylko w dół.